Z regionu2009-09-29, 07:14komentarze (0) A A A

Marek Grzesiak: Norweskiego powietrza nie da się opisać. I widoku z 1000-metrowego fiordu.

Halo, halo! Pozdrowienia od Big Bena! – Marek Grzesiak, dyrektor Hotelu Branicki dzwonił do przyjaciół z wielu miejsc na świecie. Ale najlepiej czuje się w chłodach Norwegii.

Pamiętam, jak z grupą turystów japońskich, jako ich przewodnik, pojechałem w Norwegii w góry. Na takich niskich koniach sprowadzonych z Islandii, bardzo wytrzymałych – opowiada Marek Grzesiak, dyrektor i pomysłodawca Hotelu Branicki w Białymstoku.

– Gdy wjechaliśmy w rejon, gdzie żerowały renifery, wszędzie wokół ścielił się chrobotek reniferowy – przysmak tych zwierząt. Nogi naszych koni zapadały się po kolana w chrobotku, a my szorowaliśmy po tym dywanie stopami. Renifery nie chciały nam schodzić z drogi. Trzeba było albo poczekać, że się przesuną, albo wchodzić końmi w środek stada.

Piękno ścięte chłodem

Marek Grzesiak prywatnie i zawodowo był już na trzech kontynentach i odwiedził z 400 hoteli. Marzy o wyprawie do Ameryki Południowej: Ekwadoru czy Boliwii, ale przyznaje, że nie lubi wygrzewać się na słońcu.
– Wiem, że jest potrzebne do życia – mówi - ale za nim nie przepadam.

Jego klimaty to właśnie chłodne piękno Norwegii.
– Przyroda jest tam tak nieskazitelna, tak czysta – wyjaśnia. – Tamtego powietrza nie da się opisać. Czasem coś takiego zdarza się w naszych polskich górach, ale w Norwegii można nim oddychać na ogromnej przestrzeni. To niesamowite wspomnienie.

– Tam jest coś, co poraża – opowiada dalej Marek Grzesiak. – Widok fiordu z wysokości tysiąca metrów w dół... Ta przestrzeń przeniknięta chłodem ścinającym nieskazitelność przyrody. Gdzie od jednej do drugiej siedziby człowieka jest kilka kilometrów i nie czuje się stłamszenia cywilizacją. Nawet w dużych miastach. No, może za wyjątkiem Oslo.

Bo nie lubi utartych ścieżek

Ta pasja do podróżowania – mało utartymi ścieżkami, tropami zwykłych ludzi, smaków kuchni różnych narodów, zapachów przyrody, muzyki grającej inaczej w każdym zakątku świata – przyszła do pana Marka już wiele lat temu.

Jeszcze na studiach, w latach 80. na poznańskiej AWF (wydział turystyki i rekreacji), zdecydował się zrobić kurs pilota wycieczek i tak wyrwać się w świat.

– W tej roli musiałem być bardzo zorganizowany, może dlatego teraz, podróżując już na własną rękę, tak chętnie skręcam z wytartych ścieżek – zastanawia się Marek Grzesiak. – Zachodzę do knajpek odwiedzanych przez miejscowych, rozmawiam z ludźmi o tym, czym żyją. Ciekawi mnie ich kultura, historia.

– Nawet gdy byłem na jakże pięknym południu Francji – dodaje dyrektor Hotelu Branicki – gdzieś między Sant Trope a Cannes, skręcałem w boczne drogi. Między ludzi, którzy nie uśmiechają się do turystów, postrzegając ich wyłącznie poprzez stan ich portfela.

Marek Grzesiak podkreśla, że odwiedzając hotele, stara się nie patrzeć na nie okiem zawodowca, tylko ogląda je jak ciekawski gość – od lądowiska helikopterów czy basenów na dachu, po poziom minus trzy pod ziemią. Szuka obiektów, które mają swój klimat, specyfikę odróżniającą je od innych, tworzą niepowtarzalną dla gościa atmosferę.
– Jak białostocki Branicki – śmieje się. – Bo tu właśnie chcę dać gościom to, czego sam szukam gdzie indziej.

Więcej na temat:
Oceń
0
0

Komentarze

Przesyłając ten formularz akceptujesz politykę prywwatności Mollom.