Polską gospodarkę AD 2009 ocenia Henryk Wnorowski, ekonomista, prezes Polmosu Białystok S.A.
Tym, co utrzymywało polską gospodarkę „na powierzchni”, był nasz wewnętrzny popyt – uważa Henryk Wnorowski
Wojciech Nowicki: Rok 2009 w podlaskiej gospodarce. Jaki był? Mamy powody do zadowolenia, czy powinniśmy posypać sobie głowy popiołem?
Henryk Wnorowski, profesor nauk ekonomicznych, wykładowca Uniwersytetu w Białymstoku: Radzimy sobie najlepiej ze wszystkich gospodarek europejskich, jeśli chodzi o walkę z kryzysem. Podlaska gospodarka radziła sobie lepiej, niż miało to miejsce w przypadku pozostałych województw.
Skąd taki wniosek?
– Rolno–spożywcza specjalizacja Podlasia okazała się naszym atutem w kryzysie. W momencie, gdy nasza waluta osłabła, a jej kurs zmienił się na korzyść eksporterów, przedsiębiorstwa rolno–spożywcze zaczęły zarabiać, dzięki temu, że eksportują większość swojej produkcji. Mlekovita, Mlekpol, na przykład, w mijającym roku czerpały dużo większe korzyści z eksportu niż w 2008 czy 2007 roku. Podobnie miało to miejsce w przypadku grajewskiego Pfleiderera, czy białostockiego Philipsa.
Podlaskie mniejsze przedsiębiorstwa handlowe, które utrzymują się z handlu ze Wschodem – eksporterzy do Rosji, na Białoruś i republik nadbałtyckich – dzięki zmianie kursu walut poprawiły swoją konkurencyjność. Dla tych spółek mijający rok też był udany.
Potężny zastrzyk euro z unijnych dotacji chyba też nam pomógł?
– Nie można zapomnieć o stopniu wykorzystania funduszy unijnych. Podlasie zajmuje, w porównaniu do innych województw, czołowe miejsce na mapie Polski. W dużej mierze to zasługa polityków samorządowych, którzy dzielą unijne pieniądze. Przedsięwzięcia realizowane przez samorządy odegrały istotną rolę w stworzeniu popytu wewnętrznego na produkty naszych firm. Zapewniły im stabilizację finansową, zagwarantowały dochody firmom, a pracownikom – gwarancję zatrudnienia. Nie tylko zresztą w naszym regionie. Żyjemy przecież w erze gospodarki globalnej, w której podział na regionalizmy nie ma sensu. Tym, co utrzymywało naszą polską gospodarkę „na powierzchni” był nasz wewnętrzny popyt. Na początku roku kupowaliśmy na potęgę. Później, kiedy skończyły się wakacje, na przełomie września i października, handel odnotował straty. Ale potem koniunktura wróciła. A przecież w sytuacji kryzysowej nie ma cenniejszej wartości dla przedsiębiorcy niż klient z pełnym portfelem.
W nadchodzącym 2010 roku też będziemy biadolić nad kryzysem?
– Kryzys nie zaczął się wczoraj. Przyczyn jego powstania można szukać jeszcze we wrześniu 2008 roku, kiedy to upadł amerykański bank Lehman Brothers., jedna z najbardziej godnych zaufania instytucji finansowych w Stanach Zjednoczonych. A główną przyczyną kryzysu była nadmierna skłonność do zapożyczania się Amerykanów. Słowem życia na kredyt, które banki starały się zapewnić swoim klientom za pomocą skomplikowanych instrumentów finansowych. Nie zawsze w uczciwy sposób.
Zarabiamy coraz więcej, żyjemy na coraz wyższej stopie. Mamy już dość biedy. A skoro chcemy żyć lepiej, musimy pożyczać.
– Ekonomiści wiedzą, jak ważną kategorią ekonomiczną jest kredyt. Od wieków pożyczaliśmy sobie nawzajem różne rzeczy – w gospodarce wymiennej, potem pieniądze, kiedy wymyślono pieniądz. Ale każdej pożyczce zawsze towarzyszy obawa, że nie dostaniemy kasy z powrotem. A to oznacza stres, zarówno dla kredytodawcy, jak i kredytobiorcy. Tymczasem ostatnio pożyczanie stało się „lekkie”. Zbyt lekkie. A życie na kredyt stało się tytułem do chwały. Bo skoro bank udziela mi kredytu, to jestem obrotny, zaradny, zawsze dam sobie radę – taki był sposób myślenia wielu ludzi, którzy znaleźli się potem w pułapce kredytowej.
Jesteśmy głupi, niezaradni, czy może nie dojrzeliśmy do kapitalizmu?
– Dopóki pożyczamy z myślą o inwestowaniu, to jeszcze pół biedy. W każdym innym przypadku wydajemy przyszłe – jeszcze niezarobione – dochody. Cudów w gospodarce nie ma, podobnie jak nie ma darmowych obiadów. I dopiero w przyszłości wyjaśni się, jak popyt za pożyczone pieniądze wpłynie na gospodarkę, kiedy trzeba będzie spłacić długi.
Czeka nas, wobec tego, kolejny kryzys?
– Koniec kryzysu – tego obecnego – oznajmiany był już wielokrotnie. Co ekspert, to diagnoza. Nie zawsze trafna. Jedyne, co jest pozytywne w całym tym zjawisku, to zdrowy rozsądek, który zwykli zjadacze chleba potrafili zachować w obliczu siania paniki i prognoz totalnego krachu. W ciągu ostatnich 150 lat przeżyliśmy już 17 kryzysów, załamań koniunktury. Statystyczna „górka” w rozwoju ekonomicznym trwała 5 lat, załamanie i recesja trwały po dwa lata. Powinniśmy już więc, statystycznie, wychodzić na swoje. Ale to tylko liczby. Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.
Proszę ująć w statystykę wszystkich zwolnionych z Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Łapach.
– Dla pracowników ZNTK upadek firmy to dramat. Ale każde przedsiębiorstwo musi liczyć się z tym, że czeka je trudny okres. I powinno się na to przygotować. Zakłady w Łapach były „monokulturą”. Postawiły na specjalizację w jednej branży, uzależniły się od jednego kontrahenta – firmy PKP Cargo. I takie stanie na jednej nodze doprowadziło do upadku ZNTK. Musiało to nastąpić wcześniej czy później. Czy można było tego uniknąć? To już trudniejsze pytanie. Na które zarząd łapskich zakładów nie potrafił, niestety, odpowiedzieć w porę.
Przedsiębiorcy, nie tylko z Łap, czekają na wejście do strefy euro. Wspólna strefa walutowa pozwoliłaby na ograniczenie ryzyka w biznesie, przynajmniej jeśli chodzi kurs wymiany walut.
– Będziemy w strefie euro. Od tego nie ma ucieczki. Polska gospodarka nie ma innej przyszłości niż związanie się z walutą Unii Europejskiej. Dyskusja o wejściu Polski do strefy euro zaczęła się we wrześniu 2008 roku, tuż przed wybuchem kryzysu. Wtedy to premier Tusk na forum ekonomicznym w Krynicy zadeklarował, że euro zastąpi złotówkę już 2011 roku. Była to – moim zdaniem – zapowiedź o wiele przedwczesna, która wzbudziła potem mnóstwo niezdrowych emocji. Ale na razie nie powinniśmy mieć żadnego powodu do rozpaczy, że nie będzie euro na Euro 2012. Poza tym fakt, że mieliśmy własną walutę, pomógł nam w sytuacji kryzysowej. Na rynkach walutowych grasują spekulanci. Ich ofiarą padały znacznie silniejsze waluty niż złotówka. Wahania kursu naszej waluty w ubiegłym roku były wynikiem spekulacji. Przy wejściu do strefy euro unikniemy takich zagrożeń.
Ważne jest przede wszystkim wejście do europejskiego „węża walutowego” (kryterium zbliżenia naszej gospodarki do gospodarek państw należących do UE – red.) po jak najbardziej korzystnym dla Polski kursie. I nie trzeba się z tym za bardzo spieszyć. Republiki przybałtyckie – Litwa, Łotwa, Estonia postawiły na euro Za wszelką cenę. Ale przy okazji obywatele tych państw zadłużali się ponad miarę. Na fali optymizmu związanego z wejściem do Europy, brali kredyty bez opamiętania. Dlatego teraz mają recesję i sytuację o wiele gorszą niż Polska.
Nie grozi nam powtórka z ich błędów?
– Powinniśmy tę lekcję odrobić. Lepiej uczyć się na cudzych błędach niż na własnych. „High life” na kredyt w przypadku Pribałtyki skończył się katastrofą. Na szczęście mamy inne podejście do zaciągania długów.
Wybudujmy może porządną drogę do stolicy, zorganizujmy lotnisko, ściągnijmy na Podlasie przedsiębiorców. Jeśli dzięki temu lokalny biznes ruszy, nie trzeba będzie bawić się walutą.
– Porównujemy obecny kryzys do załamania gospodarczego z lat 30. XX wieku. Wtedy roboty publiczne – budowa dróg, lotnisk, pomogły przełamać recesję. Napędziły koniunkturę w USA. Ale dziś, aby jakikolwiek region czy kraj pragnął się rozwijać, potrzebuje prywatnych, innowacyjnych przedsiębiorstw. Bez kapitału zagranicznego podlaskiej „krzemowej doliny” nie uda się zbudować.
Dziękuję za rozmowę.






Komentarze