Prognozy. 2010 – rokiem straconych szans?
Prognozy. 2010 – rokiem straconych szans?
Rządowi udało się przeprowadzić Polskę przez pierwszą fazę kryzysu prawie suchą nogą. Pierwszą fazę, bo nadal twierdzę, że zobaczymy drugą – pewnie gdzieś w drugiej połowie 2010 będą już widziane jej początki – ocenia Piotr Kuczyński, główny analityk Xelion. Doradcy Finansowi.
Koniec roku jest zawsze okazją do zastanowienia się, co będzie nasz czekało w roku następnym. W 2009 roku sytuacja była banalnie prosta. Liczba programów pomocowych zaaplikowanych gospodarce globalnej przez rządy wielu krajów (na czele z USA, Japonią, Chinami) i zalanie rynków tanią gotówką przez banki centralne musiały doprowadzić do utworzenia masy krytycznej, której przekroczenie spowodowało wybuch euforii.
Indeksy giełdowe na całym świecie rosły, a indeksy liderów (kraje Ameryki Południowej na czele z Brazylią) praktycznie odrobiły straty z bessy. Gwałtownie drożały też surowce – szczególnie złoto i miedź, bo na rynku ropy spekulanci są bardzo obserwowani przez regulatorów.
Możliwe dwa scenariusze
W 2010 roku przyjdzie zderzyć realia z nadziejami. W pierwszej połowie roku będą nadal działały programy pomocowe, a w gospodarce globalnej będzie trwało ożywienie. Niestety, nawet nobliści nie wiedzą, jakie to będzie ożywienie i bardzo się w prognozach różnią.
Można z grubsza powiedzieć, że możliwa jest realizacja dwóch głównych rodzajów scenariuszy. W pierwszym ożywienie gospodarcze będzie znaczne, co w drugiej połowie roku podniesie inflację. W drugim – ożywienie będzie słabe, a w drugiej połowie roku pojawi się zagrożenie recesją.
W pierwszym scenariuszu banki będą podnosiły stopy procentowe, co schłodzi gospodarki, a co za tym idzie rynki akcji, ale surowce będą drożały.
W drugim scenariuszu wystraszone nową recesją państwa znowu wdrożą programy pomocowe, co doprowadzi do dużej inflacji, ale dużo później – w latach 20011/2012. Paradoksalnie to właśnie drugi scenariusz może się okazać lepszy dla akcji.
Ceny akcji i surowców,
a kursy walutowe
Wzrosty 2009 roku wynikały jednak nie tylko z nadziei na ożywienie gospodarcze, ale również z wykorzystania procesu carry trade (carry trade to strategia polegająca na wykorzystaniu różnicy w poziomie stóp procentowych – pożyczamy pieniądze w walucie tego kraju, w którym stopa procentowa jest niska, a lokujemy w walucie tego kraju, w którym stopa procentowa jest najwyższa – przyp. red).
Inwestorzy pożyczali w dolarze (licząc na jego słabość) inwestowali na rynkach surowcowych i giełdach akcji krajów rozwijających się. Zarabiali, sprzedawali z zyskiem i oddawali dolary, które już mniej ich kosztowały.
Zarabiali tym samym dwukrotnie – na aktywach i na walucie.
Poza tym powstawało sprzężenie zwrotne: słaby dolar – wzrost wartości aktywów – jeszcze słabszy dolar i tak w kółko.
Pod koniec roku gwałtowne umocnienie dolara doprowadziło do wyłamania dołem kursu EUR/USD z dziewięciomiesięcznego kanału trendu wzrostowego. Zgodnie z analizą techniczną jest to sygnał do rozpoczęcia większej korekty.
Od wielu tygodni uprzedzałem, że obowiązuje (nieksiążkowa) korelacja dobre dane – słaby dolar, ale jeśli wzrosną oczekiwania na podwyżkę stóp, to wszystko się zmieni.
Klasyczna, książkowa korelacja danych z walutą jest oczywista: dobre dane, to większe prawdopodobieństwo podwyżki stóp, a to zazwyczaj wspomaga walutę. Natomiast korelacja mocne dane – słabszy dolar jest zależnością „kryzysową”. Wtedy to słabe dane i inne wydarzenia, których boją się inwestorzy, doprowadzają do ucieczki kapitałów do bezpiecznej przystani, którą jednak ciągle jest dolar.
Teraz dobre dane (książkowo) umacniają dolara, a złe … też go umacniają, bo rośnie awersja do ryzyka. Trend się zmienił. Czy to oznacza, że nadszedł koniec hossy? Niekoniecznie.
Jeśli dane będą generalnie słabe, ale przeplatane dobrymi i kurs EUR/USD będzie spadał, to wtedy mamy prawie stuprocentową pewność przeceny na rynku surowców i akcji.
Jeśli jednak raporty makro będą bardzo dobre, to pojawia się nielogiczność: dlaczego mamy sprzedawać surowce i akcje, skoro sytuacja gospodarcza będzie się szybko poprawiała? Wtedy rozpoczęłaby się walka między carry trade a fundamentami.
Zakładam, że wygrałyby ją fundamenty. Poza tym carry trade przeniesie się teraz na USD/JPY, który będzie rósł, więc zagrożenia z tego powodu w dłuższym terminie nie widzę.
Wniosek numer jeden: zmiana kierunku EUR/USD na spadkowy nie musi być przyczyną przeceny akcji i surowców.
Uwaga na stopy i obligacje
Taką przyczyną mogłoby być jednak realne zagrożenie szybką i zdecydowaną akcją Fed, czyli serią podwyżek stóp.
Drugim zagrożeniem byłby duży wzrost rynkowych stóp procentowych, czyli rentowności obligacji dziesięcioletnich, które są dla takich stóp odnośnikiem (benchmark).
Do podwyżki stóp zostało przynajmniej pół roku i bardzo wątpię, żeby miała to być seria podwyżek. Wzrost rentowności na razie jest niegroźny, ale jeśli wybije się ona z dużego trójkąta to powstanie sygnał sprzedaży obligacji, który doprowadzi rentowność do poziomu ponad cztery proc.
Gdyby i ten poziom padł to nastąpiłoby wybicie 22-letniego kanału trendu spadkowego, a to zapowiadałoby wzrost rentowności do około 7 procent (kredyt hipoteczny 9-10 procent).
Wniosek numer dwa: obserwujmy amerykańskie obligacje.
Prawie suchą nogą
przez kryzys
Na tle procesów w globalnej gospodarce nasza na razie wygląda bardzo dobrze. Wydaje się, że rząd na razie daje sobie radę z kryzysem.
Stare powiedzenie mówi, że zwycięzców się nie sądzi, więc trzeba powiedzieć, że udało się przeprowadzić Polskę przez pierwszą fazę kryzysu prawie suchą nogą.
Pierwszą fazę, bo nadal twierdzę, że zobaczymy drugą – pewnie gdzieś w drugiej połowie 2010 będą już widziane jej początki.
Możemy gratulować rządowi, że gospodarce udało się wejść jedynie w stagnację, a nie w recesję. Pamiętać jednak trzeba o dwóch sprawach. Po pierwsze zejście z prawie siedmiu procent wzrostu PKB do jednego procent to nie jest doskonałe osiągnięcie. Po drugie pozytywny wpływ działań rządu nie był duży.
Nie można wykluczyć – a właściwie prawdopodobieństwo tego scenariusza graniczy z pewnością – że bardziej agresywne działania doprowadziłyby do mniejszego spadku zatrudnienia.
Programy pomocowe były niewielkie (realnej gotówki było chyba tylko 2 mld zł – dokapitalizowanie BGK) i wdrażane w ślamazarnym tempie. W w 2010 roku nie będą miały wpływu na gospodarkę.
Przy okazji muszę powiedzieć, że dziwi mnie często przez wielu komentatorów wyrażane zdumienie siłą naszej gospodarki. To naprawdę jest bardzo proste.
Mocny system bankowy, duży popyt wewnętrzny (duży kraj), mała zależność PKB od eksportu, słaby złoty pomagający utrzymywać konkurencyjność gospodarki, „jazda na gapę”, czyli pomoc płynąca z budżetów innych państw (Niemcy kupujący samochody w Polsce), napływ funduszy unijnych – to wszystkie czynniki, które gospodarce pomogły.
Jak widać niewielki był w tym udział rządu (nie tylko tego, również poprzednich).
Oprócz pieniędzy unijnych jest jeszcze jeden czynnik, który pomógł gospodarce. Tu rzeczywiście była spora zasługa rządu: mówił on dużo – ustami ministra finansów – o konieczności cięć w wydatkach, ale robił coś innego, czego wynikiem była nowelizacja budżetu i poważne zwiększenie deficytu budżetowego, jak również zaprojektowanie dużego deficytu w roku przyszłym.
Nie ma jednak nic za darmo. Zwiększone deficyty prowadzą do zwiększenia zadłużenia Polski. Rząd w tej sprawie nic nie robi, a powinien.
Nie jest żadnym usprawiedliwieniem mówienie, że nie można zreformować finansów publicznych, bo prezydent zawetuje. W Irlandii reformy przeprowadzono na drodze konsensu osiągniętego wspólnie przez rząd, opozycję i związki zawodowe. U nas nawet nie spróbowano tego zrobić.
Pod znakiem polityki
Chwila prawdy przyjdzie po wyborach prezydenckich, które odbędą się w 2010 roku.
Nie chcę być złym prorokiem, ale przejęcie pełni władzy przez obecną koalicję (to, że wybory prezydenckie wygra jej przedstawiciel jest prawie pewne), może się stać okazją do wzniesienia dziecięcego okrzyku „król jest nagi!”.
Nic dziwnego, że jest już projekt przeprowadzenia wyborów parlamentarnych na wiosnę 2011 roku, a nie jesienią. To zresztą bardzo dobry pomysł, bo po pierwsze wreszcie mielibyśmy sytuację, w której nowa ekipa układa budżet, a poza tym od czerwca 2011 roku Polska będzie sprawowała prezydencję UE, a ciężko jej to będzie robić, jeśli będzie w trakcie wyborów.
Tyle tylko, że opozycja może nie pozwolić na skrócenie kadencji po to, żeby dać obecnej koalicji rok na pokazanie, jakie reformy będzie przeprowadzała.
Jeśli ich nie przeprowadzi, to będzie potwornie krytykowana. A jeśli przeprowadzi sama, bez osiągnięcia konsensu, o którym wyżej, to też będzie krytykowana i może przegrać wybory.
Ciekawy dylemat polityczny, ale jedno jest pewne: gospodarka za to wszystko zapłaci, a zadłużenie będzie rosło.
Obawiam się, że te banki zagraniczne i RPP, które mówią o umocnieniu złotego w latach 2010/2011, mogą się bardzo mylić.
Referendum w sprawie
reformy finansów publicznych
Uważam, że zamiast powoływania komisji konstytucyjnej, należy powołać komisję ds. reformy finansów publicznych.
Nie jest tak, że musi się ona zakończyć niepowodzeniem. W końcu przecież nie musiałoby podczas jej obrad dochodzić do siłowego przepychania swoich, partyjnych pomysłów. Udział wszystkich aktorów sceny publicznej wraz z ekspertami reprezentującymi różne nurty myśli ekonomicznej powinien doprowadzić do wypracowania na przykład dwóch wersji reformy (spełniających cel, którym byłoby zmniejszanie zadłużenia), które można by poddać referendum.
Polacy sami wybraliby sobie odpowiadający im system. To wcale nie musiałoby politykom zaszkodzić. Wręcz odwrotnie – pokazanie, że potrafią się porozumieć, zwiększyłoby dla nich poparcie. Dlaczego nie spróbować?
Jeśli nie spróbujemy, to może się okazać, że rok 2010 będzie właśnie rokiem straconych szans.
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać
- Zgłoś nadużycie
- Wersja do wydruku



Delicious
Digg
Facebook
Google
Technorati